10 dowodów na to, że Salem jest najlepszym kotem na świecie

1) Wie jak zaimponować dziewczynie.

2) Jest niepoprawnym optymistą.

3) Zna języki obce.

4) Przywiązuje dużą wagę do higieny.

cat LOL bath Sabrina the teenage witch Salem Saberhagen salem salem the cat

5) Woli pizzę od kociej karmy.

Sabrina the teenage witch Salem Saberhagen Black Cat salem salem the cat

6) Wie, że śmiech to zdrowie.

Sabrina the teenage witch salem

7) Jest realistą.

crying Sabrina the teenage witch Black Cat salem

8) Status: party animal.

funny 90s Sabrina the teenage witch salem salem the cat

9) Eksperymentuje z wyglądem.

10) Wali między oczy.

 

Cudowne Lata: Słoneczny Patrol

Obiegowa opinia, że serial „Baywatch” miał tylko jeden atut – bimbały Pameli Anderson – nie jest prawdziwa. Przede wszystkim dlatego, że rzeczone balony to już dwa atuty. Być może da się znaleźć jeszcze jakieś argumenty. Przykładowo nam – mieszkańcom wiecznie zimnej i deszczowej krainy Poland, opanowanej przez kartoflane lica potomków fornali, już sam widok błękitnego oceanu, zalanej słońcem plaży i pięknych ludzi surfujących na falach robił dobrze. Słoneczna Kalifornia jawiła się po obejrzeniu każdego odcinka jako ziemia obiecana.

 

Do rzeczy. Trzeba to jasno powiedzieć – fabuła Słonecznego patrolu nie powalała na kolana jakąś koronkową intrygą, a jej łopatologią dałoby się obdzielić kilka bollywódzkich produkcji. Ale w sumie nie ma chuja – jak w filmie bierze udział David Hasselhoff to nie należy się spodziewać dramatu psychologicznego produkcji szwedzkiej. Generalnie, zwykle chodziło o to, że ludzie popadali w tarapaty na wodzie, z których wyciągali ich piękni modele o płaskich torsach (wersja męskoosobowa) lub zgoła niepłaskich (wersja żeńskoosobowa).

Nagromadzenie seksizmu w „Baywatch” to w ogóle był warunek sine qua non powodzenia serialu. Podobno, w jednym z późniejszych sezonów poirytowany Hoff (który był także producentem serialu) miał powiedzieć „Jeśli zobaczę jeszcze jedno niepotrzebne ujęcie kobiecego ciała odchodzę. Zmieniliśmy proporcję z 50% dziewczyn na 70% fabuły. Serial powinien mieć wciągającą historię, morał i wiarygodnych bohaterów„.

Może i tak było, ale wiadomo też, że oglądać Baywatch bez Pameli (oraz jej następczyń), to trochę jak czytać „Ulissesa” Joyce’a – niby można, ale normalny człowiek tego nie robi. Uprawnione zresztą jest stwierdzenie, że można sobie świetnie wyobrazić Pamelę Anderson w czerwonym stroju ratowniczki bez Słonecznego patrolu, ale nie da się wyobrazić Słonecznego patrolu bez Pameli. Pamela była znakiem rozpoznawczym, ikoną oraz kwintesencją Słonecznego patrolu, a jej bieg w zwolnionym tempie w stronę wody z charakterystycznym dynamicznym elementem stroju ma status kultowego.

Propozycją dla żeńskiej części publiki były naturalnie idealnie gładkie męskie torsy, owłosione bardziej (Hoff) lub mniej (pozostałe). Białe zęby oraz kaloryfery aktorów z Baywatch na stałe utrwaliły w popkulturze wzór ratownika morskiego, który może nie grzeszy intelektem, ale przynajmniej wygląda. Nie trzeba chyba wspominać, że od tego wzorca na ogół odstają plaże w Mielnie lub Juracie strzeżone przez zakapiorów o łysej pale.

W tym miejscu należałoby podsumować jakoś temat Słonecznego patrolu, ale nic nam nie przychodzi do głowy, poza prostacką konstatacją, że Słoneczny patrol stał, a raczej sterczał balonami Pameli. I tyle w tym temacie.

Beverly Hills 90210

Dziś rzecz absolutnie kultowa. Serial, który poczynił, kto wie, może nawet największe zasługi na polu krzewienia prozachodnich postaw obyczajowo-światopoglądowych wśród polskiej młodzieży.

Wiadomo, że Beverly Hills oglądało się przede wszystkim dla Brendy/Kelly (chłopacy), Dylana (dziewczyny) oraz metalowych szafeczek z koledżu, zamykanych na szyfr. Więc gapiliśmy się jak te lemury w telewizor i jak te dzieci przyklejeni nosem do szyby cukierni śledziliśmy losy paczki znajomych z ekskluzywnej szkoły w LA. Nie wiedzieć czemu, większość z nas utożsamiała się z bohaterami Beverly Hills co musiało przynajmniej trochę zakrawać na kpinę. Realia siermiężnych, wiecznie brudnych i dość ponurych podstawówek, do których uczęszczaliśmy nijak się bowiem miały do cudownej, nowoczesnej szkoły z wiecznie słonecznej Kalifornii.

Żarty na bok, bo temat tylko z pozoru błahy. Poza śmieszno-sentymentalną wycieczką do szkolnej młodości, nie sposób nie zauważyć, że ten serial niósł coś więcej niż tylko lepiej lub gorzej opowiedzianą fabułę. Misją Beverly Hills była również pośrednia kulturowa ekspansja amerykańskiego stylu życia. Te wszystkie zasady i otoczka związków damsko-męskich, koncepcja przynależność do paczki, sposoby spędzania wolnego czasu chłonęliśmy jak gąbka i później, czasem – to prawda – nieudolnie przeszczepialiśmy na lokalny grunt. U „nas” była wieczna kontestacja szkoły jako instytucji z natury złej, głupiej i nieżyciowej, „tam” placówka przyjazna uczniom, rozwijająca talenty  i przygotowująca do prawdziwego życia. Wreszcie stosunki z rodzicami. Jeżeli trzeba by wskazać dwa główne źródła naszej wiedzy o tym jacy powinni być idealni rodzice, to najpierw powiemy, że inni niż nasi właśni, a potem że tacy jak rodzice Brendy i Brandona. Przecież rozmowy rodziny Walsch’ów to była dla nas jakaś czysta abstrakcja i purnonsens. Nam zasłaniano oczy na filmie w trakcie scen erotycznych, tam dyskutowano o metodach antykoncepcji. U nas matka dzieliła ścierą po dupie za wybryki w szkole, tam merytoryczna dyskusja, o tym co w życiu ważne. Come on! Gdyby nasz rodzic zachowywał się w taki sposób, to z miejsca byśmy zbaranieli i zasadnie zapytali czy wszystko z nim w porządku.

Beverly Hills 90210, jak wiele innych elementów popkultury, było dla nas istotnym źródłem wiedzy na tematy życiowe, skutecznie zastępując w tym zakresie pedagogów i rodziców. Czy było do dla nas dobre, to do trudno powiedzieć, ale kto dorastał w latach 90-tych ten wie, że takie to po prostu były czasy, gdzie jak coś było amerykańskie to po prostu z definicji musiało być lepsze.