Dziś prawdziwych metali już nie ma

W rzeczywistości totalnej bezideowości polskiej młodzieży, gdy szczytem ewolucji i ideałem, do którego należy dążyć jest wymuskany okularnik w koszuli w kratę i ze srajfonem w dłoni, z pewnym rozrzewnieniem wspominamy czasy gdy szkolna dziatwa była spolaryzowana na zantagonizowane ze sobą subkultury. Wzajemnie zwalczające się grupy skinów i punków niewątpliwie nadawały kolorytu szkolnej nudzie i kazały człowiekowi jakoś się opowiedzieć po którejś ze stron. Z wielu względów, o których mowa poniżej, najbarwniejszą, a zarazem najśmieszniejszą subkulturę tworzyli metale. Ekipa Ale ten czas zapierdala z zapartym tchem wysłuchała historii prawdziwej metalówy (na szczęście już byłej), która dorastała opierdalając mózgotrzepy przy warszawskim Barbakanie…

„W latach 90. warszawska Starówka i stołeczne Pole Mokotowskie wprost roiły się od długowłosych amatorów „gleborzutów” i muzycznych krwawych rzygów. Teraz spotkać ich można chyba już tylko w Zadupinie Dolnym, tudzież na koncertach i festiwalach, na które zjeżdża się metalowa tłuszcza z całej Polski. Ale jak wszędzie, i tam nie brakuje aspirujących lamusów i pozerów. Po czym więc poznać prawdziwego metala? Przede wszystkim po stylówie. Podstawa to długie włosy, najlepiej niemyte od tygodnia, naturalnie układające się w strąki, rozpuszczone lub ciasno związane w kitkę (im metal ma mniej włosów, tym chętniej wybiera tę drugą opcję). Obowiązkowa koszulka z zespołem (prym wiodły m.in. Burzum, Bathory, Emperor, Obituary, Samael, Panthera, Anthrax, Marduk, Dimmu Borgir, Cradle of Filth i Venom) niegdyś upolowana za uciułane z kieszonkowego ciężkie pieniądze na bazarze pod Pałacem albo w kultowym dla metaluchów sklepie Dziupla na ulicy Ząbkowskiej (kto był ten wie – do dziś wzdrygamy się na myśl o wytatuowanym od stóp po szyję sprzedawcy). Na to czarna skóra (na prawdziwą ramoneskę stać było tylko nielicznych szczęściarzy) lub produkt skóropodobny, nakładana niezależnie od pogody – czy napierdala śnieg i na dworze minus 20, czy żar leje się z nieba. Nic zatem dziwnego, że metalom strasznie jechało spod pachy. Mniej ortodoksyjni pozwalali sobie czasem na parkę, bundeswerkę albo inszy zgniłozielony namiot, zakupiony w składnicy harcerskiej. Na nogach koniecznie glany i grube skarpety (również w lato). Widział ktoś metala w sandałach? A co on jebany Chrystus czy co? Na plecach z kolei nieśmiertelna kostka, również misternie zdobiona flagą lub koszulką z ulubionym zespołem, opcjonalnie zawleczkami od puszek, kapslami, łańcuchem czy zajebanym z przystanku rozkładem jazdy lub tabliczką z numerem autobusu.

Bardziej oryginalnie prezentowały się metalowe panny, zwłaszcza gotki. Zapatrzone w swoją idolkę Anję Orthodonx, marzyły o tym aby spać w trumnie, wciskały mikroskopijne cycki w gorsety rodem z sex shopu i owijały się w długie, czarne szmaty. Marzeniem każdej szanującej się gotki był strój zakonnicy, ale przeważała stylówka na damę cmentarną: upiornie biała twarz, krwistoczerwone usta i szpony, oczy pandy, długie czarne hery, mnóstwo czarnych koronek i „drogocenna” biżu z czaszkami kozła, trumienkami i odwróconymi krzyżami. Ważnym aspektem kultury metalowej, jak również gotyckiej, była bowiem fascynacja satanizmem. Oczywiście w większości przypadków totalnie pozerska, ograniczająca się właśnie do irytowania babć i katechetek odwróconymi krucyfiksami i pentagramami. Bardziej zaawansowani „szataniści” szarpnęli się na Biblię Szatana Antona La Veya, którą zresztą bez trudu można było kupić u dziada pod Dworcem Centralnym. Do dziś jednak pamiętamy apele Ogólnopolskiego Komitetu do Walki z Sektami, alarmujące o bandach „szatanistów” grasujących w warszawskim Lesie Kabackim. Młodociani, pryszczaci z kraterami na gębie wyznawcy Lucyfera mieli tam rzekomo wieszać koty i odprawiać rytuały czarnej magii na terenie spalonego kościoła. Ile w tym prawdy nie wie nikt, grunt, że od tego czasu o konszachty z diabłem podejrzewano niemal każdego długowłosego, odzianego na czarno młodzieńca.

Wróćmy jednak do ulubionych zajęć metali. Na pierwszym miejscu były oczywiście mistrzostwa w obalaniu pryty. Koneserzy tego wykwintnego trunku, znanego również jako chateau de jabol, mózgojeb, gleborzut lub mocna cherry za „dwa cztery” kolekcjonowali nawet etykiety z najbardziej oryginalnymi nazwami jabcoków. Prym wiodła legendarna Krew Dziewicy i Sperma Szatana, ale z braku laku zadowalano się również Komandosem, Wiśniowym Dzbanem, Jabłuszkiem Sandomierskim lub po prostu zwykłą chamską Nalewką wiśniową za 4,99. Prawdziwy metal wypijał taką na dwa łyki, bez popity, co najwyżej zagryzając suchym chlebem. Fundusze na degustacje jaboli bardzo rzadko pochodziły bezpośrednio z kieszeni metala. Częściej były raczej wymiernym efektem sępienia. Prawdziwym rajem dla sępiących na wino była wspomniana już powyżej warszawska Starówka. Co bardziej wyedukowanych w obcych językach oddelegowywano w okolice Bazyliszka i Rynku Nowego Miasta, gdzie zawsze można było trafić na jakiegoś zagranicznego frajera, który dorzucił „two zlotys for ticket to Zielonka” (Where the fuck is Zielonka?!)

Po obaleniu pryty dobrze napruty metal mógł oddać się ulubionej czynności, czyli grze na gitarze, darciu ryja, machaniu łbem i słuchaniu piosenek, którymi pewnie katują Talibów w Guantanamo. Prawdziwą ucztą dla metalowych uszu były jednak metalowe festiwale: Hunter Fest, Metalmania i najbardziej barwne Castle Party w Bolkowie. Ten ostatni stanowił prawdziwy zlot największych metalowych i gotyckich freaków nie tylko z Polski. Zjeżdżała się na niego po sąsiedzku również metalowa brać z Niemiec, Czech i Słowacji. W Bolkowie poczęto też niejedno metalowe dziecię. Gdy pryta i diabelskie dźwięki uderzyły metalowi do głowy, brał z tłumu metalową dziewkę, ciągnął ją w krzaki i wtryskiwał w nią swoje brudne, metalowe nasienie. Laska miała szczęście, jeśli po całym akcie koleś nie puścił na nią bełta. Gorzej, jeśli po wszystkim dobierał się do jej koleżanki. Wtedy biedna metalówa topiła swoją rozpacz w jabolu i cięła się brudnym szkłem. Na szczęście dość szybko znajdował się pocieszyciel, który za zrobienie loda postawił jej kolejną flaszkę i życie od razu robiło się bardziej znośne. Czasy Metalmanii skończyły się w 2009 roku. Castle Party jeszcze jakoś przędzie, ale teraz jest to bardziej wysyp przebierańców i więcej tam cold i new wave’u niż starego, dobrego gothic metalu. Fani oldskulu i ci, dla których metal=Metallica mają jeszcze swój Sonisphere Festival, ale tam też ze świecą szukać prawdziwych metalowych ortodoksów. O ironio, część z nich pewnie bawi teraz na Przystanku Woodstock, który co roku przygarnia niedobitki tych, którzy jeszcze nie wyrośli z czarnych koszulek i kostek. Nie pozostaje nam więc nic innego jak wzorem Jurka Owsiaka powiedzieć im: sie-sie-siema i zaapelować, aby wyszli z nory, w której się ukrywają. Co by nie mówić, paradoksalnie polskie ulice i szkoły lat 90′ nie byłyby tak kolorowe gdyby nie oni. Tylko pryty żal i jabole już nie te same, co kiedyś…”

Reklamy

One thought on “Dziś prawdziwych metali już nie ma

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s