„Polish” death camp

 

Lego. Obóz Koncentracyjny, 1996.
Zbigniew Libera

Reklamy

Cudowne Lata – Polonez Caro

Na samym początku lat dziewięćdziesiątych na polskich szosach zasadniczo działo się niewiele. Jak ktoś chciał w ogóle gdzieś pojechać, ale nie miał hajsu, kupował Malucha – jedyny na świecie samochód, którego strefa zgniotu kończyła się na silniku. Jak kasy było trochę więcej, a nie chciało się ryzykować życia przy każdym przekroczeniu drzwi Malucha, przesiadało się do dużego Fiata. A jak ktoś chciał zaimponować furą i był prywaciarzem, to wybór padał na „Merola”.

Polscy producenci z fabryki FSO postanowili w tym mniej więcej czasie wypuścić Poloneza Caro – auto które miało zrewolucjonizować polski rynek motoryzacyjny, łącząc jakość, elegancję i okazyjną cenę. Jak wyszło wszyscy wiedzą. Niech nazwiska producentów tego wehikułu pełniącego obowiązki samochodu osobowego będą zapomniane.

Potwór kaszlący spalinami. Gruchoczący pierdziel. Klekocząca bestia na kółkach. To tylko niektóre, z rozlicznych określeń jakie padały pod adresem wykwitu polskiej myśli motoryzacyjnej. Zresztą nieprzypadkowo Kodym z Apteki śpiewał – „Poloneza caro kupi ten co jest naprawdę gupi”.

No cóż, powyższe epitety nie wzięły się, niestety, z tradycyjnej polskiej zawiści. Polonez Caro, pieszczotliwie zwany „Poldkiem” ciężko sobie na nie zapracował. Chyba głównym powodem tak skrajnych emocji była niespodziewana wręcz awaryjność tego samochodu. Parafrazując Dantego „Ty, który wsiadasz, żegnaj się z nadzieją„. Gdy w weekend cała familia pakowała się do samochodu na wyjazd, szanse na pomyślne ukończenie trasy były zbliżone do tych, że rodzinna wycieczka zakończy się w położonym nieopodal warsztacie.

Wiele do życzenia pozostawiał wygląd samochodu. Jego wysokość, kanciastość, odstraszał nawet w garażu. Samochód nie nadawał się na randki, jazdy po mieście, ani na wyjazdy rodzinne. Pewnego razu, pamiętam, nasz rodzinny Polonez Caro w kolorze srebrny metalik stosunkowo dobrze komponował się z polem w trakcie wykopków, ale to był jednostkowy przypadek.

Specyficzną cechą Poloneza Caro był również generowany przez niego hałas. Jadąc nim w ogóle nie dało się rozmawiać, gdyż wszystkie krzyki skutecznie zagłuszał klekot silnika. Natomiast gdy samochód osiągał niebotyczną prędkość stu kilometrów na godzinę, miało się wrażenie, że za chwilę ta rakieta wzbije się w przestworza, pod warunkiem, że nie rozpierdoli się przy starcie.



Choć zwykle upływ czasu sprawia, że złe wspomnienia są zacierane przez te dobre, zasada ta z pewnością nie dotyczy analizowanego pojazdu. Nawet dzisiaj wracając pamięcią do tamtych czasów, przechodzi nas zimny dreszcz na samo wspomnienie jazdy Polonezem. Dlatego bardzo ciężko powiedzieć o nim przynajmniej jedno dobre słowo. Przyjmijmy zatem roboczo, że Polonez Caro miał ładną nazwę.