Pingpongowe wojny

Czasy szkolne to bez wątpienia okres kreatywny, a kreatywność ta zazwyczaj ściśle wiązała się potrzebą kolektywnych działań. Czasami, obiektywnie, kreatywność ta szła w kierunku niepożądanym z pedagogicznego punktu widzenia – patrz jaranie szlugów za szkołą oraz picie piwa przed szkolną dyskoteką. Czasami jednak, o dziwo, objawiała się w czymś bardziej konstruktywnym np. grą „w bieganego”.

Dokładnie nie wiadomo jak, gdzie i kiedy powstała ta gra, ale na pewno była związana z chronicznym niedoborem. Niedoborem stołów do ping ponga, piłeczek oraz paletek. Toteż sprytnie młodzież wykminiła, że w ping ponga można grać nie tylko jeden na jednego, lub w debla, lecz np. w 16 osób naraz. Co więcej gra taka może dostarczyć znacznie więcej radości, zapewne dlatego, że w kupie raźniej. Jak wiadomo, gra polegała na przebijaniu piłeczki na drugą stronę, aż do czyjejś skuchy. Każda osoba biorąca udział przebijała piłeczkę, przebiegała na drugą stronę i czekała na swoją kolej i tak aż do pozostania przy stole dwóch osób, które rozgrywały błyskawiczną grę do 3 punktów (lub dwóch przewagi). A potem od nowa, jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz…

Gra w bieganego, jak większość rzeczy w szkole, była trendem krótkotrwałym, choć cyklicznie powtarzalnym. Bywały czasy, kiedy dzień w dzień, przerwa w przerwę, wagary w wagary, wszyscy lecieli do sali z ping pongiem i jak durni łoili w bieganego. Każdy cierpliwie czekał na swoją kolej, lub też dla wymuszenia swojej kolejki stosował metody oparte o argument siły. W takich sytuacjach zajarania grą w bieganego, nawet brak paletek nie stanowił problemu. Skutecznie je substytuowano zeszytami w twardych oprawach, książkami lub nawet kawałkami gumowych listew podłogowych. Tak właśnie powstał gumolit poździerany.

Gdy po jakimś czasie, hype na bieganego mijał, stół pingpongowy na powrót obrastał kurzem i roztoczami, a gówniarzeria wracała do jaraniu szlugów.

Jak można się domyślić gra w bieganego nie przyczyniła się do stworzenia z Polski potęgi sportowej ani w ping pongu ani w sprintach. Poczyniła jednak pewne zasługi na polu promocji jakiegokolwiek wysiłku sportowego wśród uczniowskiej gawiedzi oraz integracji chłopaków i dziewczyn. Ponadto, wybrani szczęśliwcy praktykujący bieganego (w tym niżej podpisany) zostawali później mistrzami kolonii w ping pongu, otrzymując nawet stosowny dyplom, co jak wiadomo stanowi wspomnienie bezcenne.

P.S. podziękowania za inspirację do napisania niniejszego wpisu należą się Maciejowi L. w związku z pewnym niebardzo trzeźwym czerwcowym wieczorem

Reklamy

One thought on “Pingpongowe wojny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s