AirWolf

Z cyklu kultowe filmy dzieciństwa, dzisiaj nieco już zapomniany zajawkowy serial o przygodach helikoptera. Tak właśnie, o przygodach helikoptera, bo chociaż był tam jakiś główny bohater męski, jego laska oraz dziadek, będący mentorem głównego bohatera, ich imiona zostały zapomniane. A helikopter pamięta każdy, tak samo jak kultowy motyw muzyczny.

Jedno trzeba sobie powiedzieć jasno. Cały 45 minutowy odcinek oglądało się tylko po to aby usłyszeć znajome nuty oraz zobaczyć, jak wzbija się w niebo śmigłowiec w celu zrobienia totalnego rozwalu. Serial bowiem był bardzo nieskomplikowany i odbywający się według znanego schematu. Schwarzcharakter chce zapanować nad dzielnicą, miastem, Stanami Zjednoczonymi lub całym światem* (niepotrzebne skreślić). Nasz dzielny bohater próbuje mu to dyplomatycznie wyperswadować. Schwarzcharakter nie godzi się na polubowne rozstrzygnięcie sprawy i proponuje naszemu bohaterowi spuszczenie wpierdolu. Nasz bohater opowiada się po stronie wartości, wsiada do Airwolfa i dobro zostaje przywrócone.

Oprócz ciekawej fabuły, na naszych młodzieńczych umysłach, chłonnych wszystkiego co z zachodu, niesamowite wrażenie robiły gadżety, w które był wyposażony Airwolf. Jaraliśmy się całkowicie możliwościami technicznym zastosowania pułapki termicznej, skuteczności laserów czy rakiet Hellfire. Na przerwach między lekcjami analizowaliśmy ile to jest prędkość 6 machów. Dzięki Airwolfowi bezgranicznie ufaliśmy Amerykanom jako jedynej sprawiedliwej nacji na świecie, uznając za ich święte prawo, a wręcz obowiązek podejmowania działań zbrojnych w dowolnym miejscu na świecie. W końcu wychodziliśmy z wydawało się słusznego założenia, że ktoś kto ma Airwolfa nie może być złym człowiekiem.  Jak się miało później okazać, rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana niż scenariusz filmu Airwolf, ale to tylko tym gorzej dla rzeczywistości.

Reklamy

Pingpongowe wojny

Czasy szkolne to bez wątpienia okres kreatywny, a kreatywność ta zazwyczaj ściśle wiązała się potrzebą kolektywnych działań. Czasami, obiektywnie, kreatywność ta szła w kierunku niepożądanym z pedagogicznego punktu widzenia – patrz jaranie szlugów za szkołą oraz picie piwa przed szkolną dyskoteką. Czasami jednak, o dziwo, objawiała się w czymś bardziej konstruktywnym np. grą „w bieganego”.

Dokładnie nie wiadomo jak, gdzie i kiedy powstała ta gra, ale na pewno była związana z chronicznym niedoborem. Niedoborem stołów do ping ponga, piłeczek oraz paletek. Toteż sprytnie młodzież wykminiła, że w ping ponga można grać nie tylko jeden na jednego, lub w debla, lecz np. w 16 osób naraz. Co więcej gra taka może dostarczyć znacznie więcej radości, zapewne dlatego, że w kupie raźniej. Jak wiadomo, gra polegała na przebijaniu piłeczki na drugą stronę, aż do czyjejś skuchy. Każda osoba biorąca udział przebijała piłeczkę, przebiegała na drugą stronę i czekała na swoją kolej i tak aż do pozostania przy stole dwóch osób, które rozgrywały błyskawiczną grę do 3 punktów (lub dwóch przewagi). A potem od nowa, jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz…

Gra w bieganego, jak większość rzeczy w szkole, była trendem krótkotrwałym, choć cyklicznie powtarzalnym. Bywały czasy, kiedy dzień w dzień, przerwa w przerwę, wagary w wagary, wszyscy lecieli do sali z ping pongiem i jak durni łoili w bieganego. Każdy cierpliwie czekał na swoją kolej, lub też dla wymuszenia swojej kolejki stosował metody oparte o argument siły. W takich sytuacjach zajarania grą w bieganego, nawet brak paletek nie stanowił problemu. Skutecznie je substytuowano zeszytami w twardych oprawach, książkami lub nawet kawałkami gumowych listew podłogowych. Tak właśnie powstał gumolit poździerany.

Gdy po jakimś czasie, hype na bieganego mijał, stół pingpongowy na powrót obrastał kurzem i roztoczami, a gówniarzeria wracała do jaraniu szlugów.

Jak można się domyślić gra w bieganego nie przyczyniła się do stworzenia z Polski potęgi sportowej ani w ping pongu ani w sprintach. Poczyniła jednak pewne zasługi na polu promocji jakiegokolwiek wysiłku sportowego wśród uczniowskiej gawiedzi oraz integracji chłopaków i dziewczyn. Ponadto, wybrani szczęśliwcy praktykujący bieganego (w tym niżej podpisany) zostawali później mistrzami kolonii w ping pongu, otrzymując nawet stosowny dyplom, co jak wiadomo stanowi wspomnienie bezcenne.

P.S. podziękowania za inspirację do napisania niniejszego wpisu należą się Maciejowi L. w związku z pewnym niebardzo trzeźwym czerwcowym wieczorem