W-F, czyli wychowanie fizjonomiczne

Lekcje „Wuefu” niemal w każdej szkole były zajęciami specyficznymi, budząc zwykle dosyć skrajne emocje i wspomnienia. Dla jednych były jedynym znośnym momentem w długim szkolnym tygodniu wypełnionym zbijaniem bąków w trakcie różnych historii, matematyk czy fizyk. Dla innych z kolei stanowiły udrękę, a na samą myśl o szatni ręce im się trzęsły, toteż jak tylko mogli zwolnienia od zajęć sportowych kołowali. Jedno jest pewne, w-f w minimalnym stopniu przyczynił się do rozwoju kultury fizycznej i prostowania krzywych polskich kręgosłupów, natomiast w dużym stopniu zdominował szkolne wspomnienia.

W szatni przed wuefem działy się rzeczy zgoła legendarne. Jeżeli gdzieś w szkole wybuchał kibel od wrzuconej petardy, miało miejsce dręczenie klasowych kujonów, palenie szlugów lub inne objawy szczenięcego bezmózgowia i prymitywizmu, to w 9 na 10 przypadkach działo się to właśnie w szatni lub jej bezpośrednich okolicach. Trudno w zasadzie powiedzieć czemu właśnie szatnia pełniła tę funkcję. Jednym z tropów z pewnością jest nadmierne stężenie potu i brudnych skarpetek na metr kwadratowy pomieszczenia, wielokrotnie przekraczające normy unijne. Innym możliwym rozwiązaniem była aktywizacja w tym właśnie pomieszczeniu klasowych urwisów i chuliganów, którzy chcieli wykorzystać swoje pięć minut sławy. Niewątpliwie również sam fakt stłoczenia wyrostków w pomieszczeniu, będącym zwykle jakąś sutereną z kratami w malutkich oknach położonych przy suficie, miał walory cokolwiek integracyjne.

Z rzeczy prozaicznych, czyli co na wuefie się robiło, to z grubsza wiadomo. Dominował, zapewne jak Polska długa i szeroka, wuef na macie, czyli -„Macie piłkę i grajcie!” Gra w piłkę nożna poczyniła wiekopomne zasługi dla rozwoju polszczyzny wśród młodzieży. Nagromadzenie wszelkich dopuszczalnych i niedopuszczalnych gramatycznie odmian kurew, chujów, cip i debili pokazywało pokłady kreatywności uczniowskiej, dalece wykraczającej poza umiejętności prezentowane na zajęciach z języka polskiego. Niestety, dużo mniejsze zasługi wuef na macie poczynił dla jakości wychowywanych w Polsce piłkarzy, co widzimy oglądając męki reprezentacji naszego kraju.

Poruszony został problem smrodu w szatni. Jak się dawno temu z wypiekami na twarzy oglądało seriale o amerykańskich nastolatkach to oprócz cudownych szafeczek na szyfr, o których każdy z nas marzył, często widać było jak amerykańska młodzież idzie po zajęciach sportowych pod prysznice. Seriale amerykańskie jak wiadomo przyczyniły się do ogromnego postępu cywilizacyjnego, jeżeli chodzi o świadomość polskiej młodzieży, w szczególności w sprawach damsko-męskich. Niestety, z przykrością trzeba stwierdzić i pokornie odprawić pokutę, że w kwestii higieny niewiele się udało zrobić (miejmy nadzieję, że nasi następcy mądrzejsi). Polski nastolatek dumnie uznawał, że nie pedał i mydła unikał po wuefie, niczym diabeł wody święconej. Toteż, nie dziwne, że szkolne korytarze przez lata wypełniały gryzące obłoki „zapachu” prawdziwego mężcznyzny. Ponieważ ów brzydko pachnący problem w głównej mierze obciążał brzydszą płeć, z tego miejsca, my, chłopacy, pokornie mówimy do dziefczyn: „Przepraszamy i prosimy o wybaczenie!”

Więcej fajnych rzeczy znajdziesz na naszym FACEBOOKU

Karteczki

Jednym z ciekawszych fenomenów naszego dzieciństwa było „zbieranie karteczek”. Przez krótki moment, zbieranie karteczek było absolutnie najważniejszym trendem, łączącym podstawówkowych chłopaków i dziewczyny, kujonów i osiłków, klasowych plejbojów i ofermy. Zbieranie karteczek pod pozorem egalitaryzmu skrywało jednak hierarchię. Rządził bowiem ten kto miał najwięcej karteczek.

Tytułem przypomnienia, zbieranie karteczek polegało na kolekcjonowaniu i noszeniu w opasłym klaserze jak największej ilości, możliwie najbardziej oryginalnych karteczek. Szał zbierania karteczek wybuchł mniej więcej po premierze „Króla Lwa” – filmu absolutnie kultowego i zasługującego na oddzielny post. W najbardziej rozpowszechnionym wariancie, kolekcjonowało się właśnie karteczki związane z Królem Lwem. Wyznacznikiem zajebistości było więc np. posiadanie guźca Pumby w niebanalnej pozie, albo Simby bajerującego Nalę.

Metody zbierania były oczywiście różne. Na ogół kupowało się kilka tzw. notesików i stosując najbardziej powszechną formę akwizycji darło się w przerwie ryja na szkolnym korytarzu –Trzy Mufasy za jednego Skazę oddam! Z czasem jednak stawało się to coraz trudniejsze, szczególnie dla początkujących, bo ciężko było wcisnąć pięćdziesiątego Pumbę nawet szkolnemu frajerowi. Oczywiście, były również bardziej wyrafinowane formy kolekcjonowania, stosowane przede wszystkim przez szkolną bandyterkę, która nie miała czasu na budowanie karteczkowego imperium. Metody te polegały na przejęciu biznesu jakiegoś dobrze prosperującego handlowca, czyli mówiąc kolokwialnie, na skrojeniu go.

Jedną z najzajebistszych opcji, która była również moim udziałem, było pozyskanie jakichś oldskulowych notesików, których nikt w szkole nie miał, najlepiej spoza miejsca zamieszkania. Kiedy przyszedłem do szkoły z trzema takimi notesikami kupionymi na wyjeździe, w jeden dzień byłem Bogiem. Ja, który jeszcze wczoraj byłem karteczkowym drobnym ciułaczem, dziś przyjmowałem na audiencji największych szkolnych bossów, uprzednio zapewniając sobie ochronę od bandyterki płacąc okup w postaci kilku karteczek.

Zbieranie karteczek, jak większość szkolnych mód, szybko się skończyło, wchodząc w niszę zagospodarowaną przez nudne laski, uzyskując łatkę „dziewczyńskiej” zabawy. Tym samym, pozornie ciekawy sposób spędzania czasu, rozwijający w naszych gówniarskich łbach zmysł przedsiębiorczości, myślenia marketingowego oraz posługiwania się kategoriami podaży i popytu, został zastąpiony przez tradycyjne dla szkoły jałowe i bezmyślne działania polegające na kopaniu piłki i/lub kolegów oraz wzajemnym gonieniu się po korytarzach w celu oddania „smroda”.

Absolutely Fabolous

Łódzki tydzień mody mamy już za sobą, ale zawsze warto powspominać to co w tej dziedzinie najlepsze czyli… zapach lakieru do włosów i liść sałaty. A tak poważnie, to rzeczywiście powstało dużo niezłych filmów o modzie, modelkach, projektantach, my zajmiemy się tymi najlepszymi.

Absolutnie fantastyczne ( ang. Absolutely Fabulous) to wielokrotnie nagradzany brytyjski serial nadawany przez BBC2. Jennifer Saunders i Joanna Lumley stworzyły jeden z najbardziej rozpoznawalnych duetów lat 90. Dziś dziewczyny mają status kultowy, a fani serialu błagają o reaktywację przygód duetu Eddy & Patsy Stone.


Edwina to z zawodu agentka PR, z czasem właścicielka „imperium” medialnego, ale przede wszystkim: alkoholiczka niestroniąca od używek, permanentnie walcząca z nadwagą. Patsy z zawodu jest pasożytem, a żadna płynna substancja legalna czy też nie, nie umknie jej uwadze. Stone ma za sobą epizod modowy o którym już nikt poza nią samą nie pamięta… i jeszcze jedno pali śpiąc i śpi paląc. Panie robią co mogą, żeby zachować formę młodą i nie chodzi tu o sport… Eddy rozkminia jakby tu być „hip”, ulega sezonowym trendom, albo wymyśla własne. Była była już buddystką, hipiską, ekolożką, wegetarianką, kolekcjonerką sztuki współczesnej, imprezowiczką rave, wyznawczynią kabały… Doczekała się również córki, która o ironio jest jej przeciwieństwem, ubiera się jak zakonnica, jest kujonką i strasznie przynudza.


Patsy Stone  aby dostać pracę brytyjskim magazynie mody przespała się z wydawcą. Od tej pory w torebce zawsze nosi strzykawkę z botoksem i butelkę szampana. Każdy głupi pomysł Eddy kwituje słowami It’s Fabolous, z drugiej strony może usłyszeć jedno – Yes, darling. Absolutnie fantastyczna  jest też zidiociała asystentka Ediny – Bubble, która najprościej mówiąc nie ogarnia. Magda (wydawca magazynu w którym pracuje Patsy), która mówi z szybkością kul wystrzeliwanych z kałacha i matka Eddy aka „stara idiotka”.

O wpływach Ab Fab na ludzkie umysły, można gadać i gadać. Kolektywy djskie, organizacje walczące o prawa kobiet czy imprezy tematyczne – wszystkie łączy hasło absolutely fabolous, które stanowi (całkiem niezły) sposób na życie, w końcu trochę hipokryzji i egoizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

ps.

Pozostaje stawić czoła brytyjczykom, bo polacy nie gęsi swoje alter ego mają – „Andrzej to nie imię, Andrzej to styl życia”.

Marek Citko

Dzisiaj to może się wydawać niewiarygodne, ale w 1996 roku wszyscy w Polsce dostali zdrowego pierdolca na punkcie Marka Citki. To właśnie wtedy uknuto termin Citkomania i każdy chłopak marzył żeby „szczelać gola” jak Marek, a każda szanująca się dziewczyna mieć takiego jak Marek chłopaka.


Dziewczyny – bo Marek był pobożny, uczestniczył w spotkaniach Ruchu Światło-Życie i miał gustowną pizdeczkę na głowie.

Chłopaki wiadomo – Marek rządził i dzielił na boisku, strzelał gole dla Widzewa Łódź na zawołanie i chciały go największe kluby europejskie. No może z tymi największymi klubami to trochę przesada. Nieśmiało mówiono coś o Interze Mediolan, ale najkonkretniejsza propozycja nadeszła z niezbyt sławnego Blackburn Rovers, które oferowało niebotyczną, jak na tamte czasy kwotę 4 milionów funtów, dziś budzącą już tylko uśmiech politowania. Pan Marek na odejście się nie zgodził, bo chciał jeszcze trochę pokopać w Widzewie, ale potem to już nawet pies z kulawą nogą się nie zgłaszał.

A propos kulawej nogi. Niestety, równie szybko jak Pan Marek wzbił się do gwiazd, trwał jego lot w drugą stronę. Przyczyną była trwająca półtora roku kontuzja, po której nigdy już Citko nie wrócił do dawnego poziomu. Błąkał się biedny Pan Marek potem od klubu do klubu, wyjechał nawet za granicę (do Izraela i Szwajcarii), ale wszyscy wiedzieli, że to koniec i że już nigdy nie będzie tamtego Marka Citki.

Co zostało po Citkomanii? Pizdeczka na głowie oraz typowo polskie gdybanie co by było gdyby. Zapewne gdyby Citko wyjechał cały i zdrowy do Anglii w 1996 roku, to dzisiaj Blackburn Rovers miałoby więcej tytułów „majstra” niż Manchester United, a Cristiano Ronaldo zamiast żelu, używałby grzebienia. Prawda jest jednak pewnie taka, że jak większość polskich piłkarzy rychło dostałby hemoroidów od siedzenia na ławce rezerwowej i wróciłby do kraju, narzekając wszem i wobec, że trener nie lubił Polaków i w ogóle cały świat się przeciw niemu biednemu sprzysiągł.

A tak, mamy sympatyczną historię uroczego Pana Marka, którego wszyscy na swój sposób wciąż kochamy i oglądając na youtube skróty ze starych meczów wspominamy dni, w których Marek Citko był naszym bohaterem.

Więcej dobra na Facebook’u!

Randka w ciemno

Dobrze, że Randkę w Ciemno wyemitowano w  latach 90.  Dziś produkcją programu zajęłaby się pewnie MTV, albo Tele 5, co by z tego wyszło? Pewnie jakiś seks na żywo albo przynajmniej gołe cycki. Kiedy oglądamy Jacka Kawalca, który ze śmiertelnie poważną miną i w największym skupieniu wysłuchuje dukania półgłówków,  a publika na każde pierdnięcie kawalera reaguje jak na dowcip Karola Strasburgera, to chce nam się płakać ze szczęścia. Zjawisko rzadkie, dlatego w cenie.

Nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć zasad gry w ciemno, ale napiszemy słowo wyjaśnienia dla młodszego pokolenia – chodziło o znalezienie partnera/partnerki. W każdą sobotę po wieczorynce przed telewizorami zasiadały całe rodziny aby przekonać się kogo wybierze Andrzej albo Iwonka. Poziom atrakcyjności bohaterów też był w skali od 1 do 3. Najpierw 3 pytania do cichociemnych, np. „Załóżmy, że zapraszam Cie na koncert „Madony”, a ty nie masz na to ochoty, jakbyś się „wymówił” aby mnie to przekonało”? (autentyk) Pytania były naturalnie znane przed programem a odpowiedzi układali spece od TV.  Zadaniem panów/pań było nauczenie się ich na pamięć, co sprawiało olbrzymią trudność uczestnikom „yyy…bym przygotował kolację, znaczy chińszczyznę i tak byś się najadła, że yyy by ci się odechciało iść na ten koncert”  Na szczęście stęki i jęki były wynagradzane, każda para losowała kopertę z wycieczką – polską albo zagraniczną. W jednej ukrywał się weekend w Ciechocinku, w drugiej boski Egipt. Nie daj boże kiedy wybranka z profilu przypominała bazyla i wylosowała zdrowotne cążnie…

E jak EUROdance

Jeden z najciemniejszych momentów w historii muzyki. Ciemny nie tylko z uwagi  na dominujący kolor wokalistów i wokalistek. Wyobraźcie sobie, że disco polo przy tym  gatunku, to new wave, a Bohdan Gadomski to drugi Tony Wilson. Tak, było aż tak źle. Rzeczone wokalistki i raperzy jedynie poruszali ustami, faktycznie głos wydobywał się z playbacku, a role muzyków odgrywali atrakcyjni modele i modelki. Ściema bezwstydnie podprowadzona Milli Vanilli, trzeba jednak przyznać, że chłopcy mieli więcej taktu niż ich młodsi koledzy. Co jeszcze zawdzięczamy temu fascynującemu gatunkowi? Lateksowe kombinezony, długie płaszcze z błyszczącej dermy, buty w szpic,  czyli koszmarki modowe…

Najlepsze z najgorszych:

2 Unlimited (Holandia)
Captain Jack (Niemcy)
Fun Factory  (Niemcy)
La Bouche (Niemcy)
Masterboy (Niemcy)
Snap! (Niemcy)
Dr Alban (Szwecja)
Corona (Włochy)

Napatrzyliście się?

Na koniec najntisowy state of mind. Źródło: Trainspotting

Diane: You’re not getting any younger, Mark. The world is changing, music is changing, even drugs are changing. You can’t stay in here all day dreaming about heroin and Ziggy Pop.

Renton: It’s Iggy Pop.

Diane: Whatever. I mean, the guy’s dead anyway.